biografia, autobiografia, pamiętnik

  • środa, 09 stycznia 2013
    • opowieść o zawsze młodej pani z Krakowa

      "Maria i Magdalena" Magdaleny Samozwaniec należy do moich ulubionych książek, ale przez wiele lat była jedyną jej autorstwa, jaką przeczytałam. Kolejną była "Krystyna i chłopy", która do najgorszych nie należała, ale do najlepszych też nie. A potem zaczęłam czytać "Z pamiętnika niemłodej już mężatki" i… nie doczytałam do końca, bo doprowadzał mnie do szału mizoginizm (sic!) pisarki. Tak się do niej uprzedziłam, że lekturę "Zalotnicy niebieskiej", odłożyłam na naprawdę dłuuuugooo, chociaż opowiada o życiu jednej z moich ulubionych poetek. A kiedy już zaczęłam czytać…  

      okładka książkiWszystkie uwagi autorki, które można było zinterpretować negatywnie – interpretowałam negatywnie (nawet jeśli wymagało to pewnego wysiłku), a najbardziej irytowało mnie emanujące zewsząd przekonanie pisarki o wyższości Kossaków (i jej samej) nad resztą ludzkości. Dopiero gdzieś tak w połowie lektury, przy której trzymały mnie głównie cytaty z nieznanych mi utworów i listów Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, uświadomiłam sobie, że postawa pisarki wynikała z bezgranicznej miłości do rodziny i… jakichś dziwnych kompleksów. Pierwsze powinno wzbudzać mój podziw, drugie litość, żadne nie powinno złościć. W ten sposób pogodziłam się z Magdaleną Samozwaniec ;) aczkolwiek trochę jeszcze wstrząsnął mną fragment o krawcowej, której okno wychodziło na ogród Kossaków i która – patrząc na bawiącą się w tym ogrodzie młodzież – zdaniem Samozwaniec: "Czuła swoją małość i nieważność, jak skromny kwiatek w doniczce, stojący na jej oknie".

      Czy zatem warto było "Zalotnicę niebieską" przeczytać? Tak. W mojej wiedzy na temat życia Marii Pawlikowskiej–Jasnorzewskiej nie przybył wprawdzie żaden nowy punkt, ale za to mogłam mu się przyjrzeć ponownie – ze znacznie bliższej odległości niż kiedykolwiek.

      Z tak bliska mało kto wygląda dobrze, więc i na charakterze poetki, i na charakterach osób z jej najbliższego otoczenia można dostrzec niezbyt ładne rysy; a im bardziej Magdalena Samozwaniec stara się je zamaskować, tym wydają się wyraźniejsze (co jest, notabene, oczywiste dla każdego, kto zna trzecią zasadę huny, którą da się streścić w słowach: energia podąża za uwagą). Myślę jednak, że nikt rozsądny nie wierzy w to, że jego ulubieni literaci byli/są ideałami bez skazy, więc i mnie niespecjalnie zaskoczyło to, że poetka bywała małostkowa, powierzchowna, niestała w uczuciach czy złośliwa – nie są to wady kardynalne, a wiedza o nich nie może chyba zmienić niczyjej opinii nt. jej twórczości.

      okładka tomiku wierszyA skoro już mowa o twórczości Marii Pawlikowskiej–Jasnorzewskiej, to w "Zalotnicy niebieskiej" można znaleźć jej pierwsze próby literackie oraz wiersze, które nie weszły w skład żadnego z opublikowanych tomików, a to na pewno zaciekawi każdego wielbiciela jej talentu. Mnie wydawało się, że trochę już wyrosłam z fascynacji jej poezją, ale kiedy sięgnęłam – z zamiarem przekartkowania – po moją ulubioną (mini)antologię jej wierszy pt. "Zakochana kobieta", to odłożyłam ją dopiero po przeczytaniu :)

      Reasumując: "Zalotnica niebieska" to książka dla osób, które szczególnie interesują się postacią Marii Pawlikowskiej–Jasnorzewskiej i jest nieco niedoskonała – jak osoba, o której opowiada. Czytelników, którzy oprócz walorów poznawczych oczekują od biografii walorów literackich, zachęcam, by najpierw przeczytali "Marię i Magdalenę".

       

      Postscriptum

      Tytuł postu to parafraza fragmentu wiersza Juliana Tuwima "Do Marii Pawlikowskiej", który zaczyna się od zwrotki:

      O, staroświecka młoda pani z Krakowa!
      Strzeż się ! Biskup pieni się i krzyczy: horrendum!
      Na łąkę wychodzisz nocą po kwitnące słowa,
      Tajne czynisz praktyki, aby pachniały ambrą i lawendą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      środa, 09 stycznia 2013 21:32
  • środa, 26 grudnia 2012
    • polukrowane wspomnienia

      W ferworze przedświątecznych przygotowań zapragnęłam znienacka lektury rozweselającej, więc rozesłałam wici i – zwrotnie – otrzymałam kilka ciekawych propozycji. Mój wybór padł na książkę Hanny Bakuły pt. "Hania Bania", ponieważ już jakiś czas temu (liczony raczej w latach niż w miesiącach) miałam zamiar ją przeczytać.

      okładka książkiSłyszałam, że jest to niezwykle zabawna opowieść o kilkuletniej, bardzo rezolutnej, dziewczynce, którą wszyscy utożsamiają z autorką, i okazało się to prawdą. Jednak ci, którzy mi o tej książce opowiadali, skupiali się na motywach humorystycznych – których faktycznie w niej nie brakuje – całkowicie pomijając jej warstwę niezabawną… Ale po kolei.

      "Hania Bania" jest częściowo autobiograficzną (w jednym z wywiadów autorka stwierdziła, że to 90% prawdy i 10% koloryzowania) opowieścią o życiu małej Hani, do której przymiotnik mała pasował tylko jako określenie wieku, bo gabarytowo Hania była największym dzieckiem w okolicy (obejmującej podwarszawskie miasteczko) i już w wieku sześciu lat przerosła swoją (filigranową) babcię.

      Hania łasuchuje (ma apetyt niczym szarańcza), marzy (najczęściej o prezentach), przeżywa fascynację pewnym chłopcem z tytułem hrabiowskim (nieodwzajemnioną, niestety), planuje przyszłą karierę (co jakiś czas zmieniając swoje plany zawodowe), wymyśla i opowiada odjechane historie (czym od czasu do czasu sprowadza kłopoty nie tylko na siebie, ale i na innych członków swojej rodziny), usiłuje zrozumieć świat dorosłych (m.in. podsłuchując ich rozmowy) oraz popełnia mnóstwo różnych głupstw, o których opowiada (bo to ona jest narratorką "Hani Bani") w taki sposób, że trudno się nie śmiać, czytając…

      Dopiero 'zewnętrzne' spojrzenie na sytuację Hani może czytelnikowi uświadomić, że życie wyśmiewanej przez rówieśników i nieakceptowanej przez własnego ojca grubaski nie mogło być tak sielskie i zabawne, jakie się wydaje, kiedy oglądamy je oczami narratorki "Hani Bani".

      Tylko… czy koniecznie trzeba na nie patrzeć 'z zewnątrz'?  

      Przeglądając opinie o tej książce, można się przekonać, że wzbudza ona skrajne emocje – czytelnicy albo się nią zachwycają, albo obrzucają jej autorkę błotem, więc każdy sam musi sprawdzić swoją reakcję na jej treść. Mnie się tak spodobała, że zamierzam przeczytać kolejne części (auto)biografii Hani Bani.

       

       "Hanię Banię" przeczytałam w ramach udziału w wyzwaniu
      Trójka e-pik
      (książka z motywem świąt Bożego Narodzenia)


      Dopisek uzasadniający powyższe:

      Autorka cały rozdział poświęciła Wigilii, która jest dla Hani ważna z kilku powodów:

      • Przygotowywało się specjalne potrawy (Hania podjadała je w nocy)

      • Mikołaj przynosił prezenty (czasem nawet takie, o które się go poprosiło w liście)

      • Przychodzili goście, dostarczając Hani materiału do obserwacji (i czasem była dorosłymi bardzo rozczarowana... – szczegóły w książce ;))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      środa, 26 grudnia 2012 19:44

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Kanał informacyjny




MOTTO:


Nie, nie zażywam narkotyków,
zażywam książki.







Książki to świat, który człowiek sobie wybiera,
a nie na który przychodzi.




AUTORKA:


Dorota Anna Rusek

Dorota A. Rusek

zaczytAnia(ykw)gazeta.pl




O blogu...




SPISY LEKTUR:





skocz do spisu


Przeczytane w roku:

skocz do spisu

skocz do spisu

skocz do spisu


skocz do spisu


skocz do spisu





stat4u