fantastyka

  • poniedziałek, 29 sierpnia 2016
    • getto dla potworów...

      Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam słowo "Redlum" – stanowiące tytuł debiutanckiej powieści Katarzyny Rupiewicz – pomyślałam, że to jakiś błąd, bo (przecież!) powinno być REDRUM (o czym wiedzą wszyscy, którzy przeczytali "Lśnienie" Stephena Kinga...) ;)

      Blurb rozwiał moje nadzieje na (jakikolwiek) związek tej powieści z twórczością jednego z moich ulubionych pisarzy, ale już było pozamiatane – musiałam(!) się dowiedzieć, co ma do powiedzenia (opowiedzenia?) ktoś, kto wpadł na pomysł, by takim właśnie słowem ochrzcić miasto i umieścić w nim akcję powieści należącej do gatunku fantasy.

      "Redlum" okazało się zbiorem opowieści o przygodach pewnej istoty magicznej (nie zdradzę tutaj jej gatunku, bo stanowi to przez jakiś czas niewiadomą) którą poznajemy jako nastoletniego sprzątacza w szkole dla magów, bez wiedzy nauczycieli obserwującego prowadzone przez nich lekcje oraz korzystającego (nielegalnie) z zasobów szkolnej biblioteki. Nieoczekiwany splot okoliczności sprawia, że Słodki – bo tak nazywa się bohater "Redlum" – opuszcza szkołę i znajduje zatrudnienie w karczmie, a następnie sam zostaje karczmarzem, czyli osobą znaną wszystkim mieszkańcom miasta i prowadzącą interesy poza jego murami.

      Forma książki nasunęła mi skojarzenia z opowiadaniami Andrzeja Sapkowskiego o Wiedźminie – tym silniejsze, że głównym miejscem akcji jest karczma, a Geralta (będącego niezmiennie moim ulubionym bohaterem literackim) "poznałam" właśnie w karczmie (poprzez opowiadanie pt. "Wiedźmin"). Jeszcze wyraźniejszy związek między twórczością Rupiewicz i Sapkowskiego stanowią rozważania na temat tego, co jest ludzkie, a co "potworne"; nie da się jednak ukryć, że gdyby Geralt i Słodki i żyli wśród nas, to o dokonaniach pierwszego z nich chętnie pisałaby "Polska Zbrojna", a o drugim – "Plotek"…

      Bohater powieści Rupiewicz romansuje, ratuje dzieci albo pomaga damom w opresji. Zdarza mu się uczestniczyć w bójkach, a nawet od czasu do czasu doprowadzić do czyjejś śmierci, jednak autorka nie poświęca zbyt wiele miejsca na opisy brutalnych walk i raczej nie epatuje czytelnika przemocą, choć mieszkające w Redlum ścierwojady nie mogą narzekać na nieregularność posiłków ;) 

      Największe zalety tej powieści to niewymuszony humor, budzący sympatię bohaterowie oraz intrygujące miejsce akcji: otoczone murami miasto, w którym (niczym w getcie) zamknięto istoty magiczne (nazywane także potworami) oraz ludzi obdarzonych jakimiś szczególnymi (nienormalnymi?) zdolnościami (telepatia, telekineza itp.) lub tylko uchodzących za dziwolągi. Autorce skutecznie udaje się zaciekawić czytelnika tajemnicami pochodzenia głównych bohaterów; sprzecznościami w legendach na temat różnych istot magicznych oraz genezy Redlum; niepewnością związaną ze spełnieniem się (bądź nie) przepowiedni dotyczącej losów bohatera i miasta, a także zawiłościami intrygi rozgrywającej się za plecami bohatera, któremu kibicujemy.

      Dodam, że mnie w szczególny sposób bawiły uwagi na temat czasu w jakim dzieje się akcja powieści, bo choć warunki bytowe bohaterów sugerują realia, powiedzmy, średniowieczne (typowe dla fantasy), to aluzje narratora pozwalają wnioskować, że akcja powieści dzieje się tysiące lat po tzw. naszych czasach (zapomniano nie tylko o osiągnięciach współczesnej nam techniki ale także znaczenie słowa zajebiście oraz zasady gry w totka…) ;)

      Chyba nie muszę pisać, że zachęcam do przeczytania tej książki? Można też wysłuchać audiobooka - czyta Wojciech Masiak i robi to w sposób, jaki lubię, tj. bez nadmiernego "aktorzenia", ale bynajmniej nie monotonnie.

      Na koniec jeszcze słówko o okładce, ponieważ spotkałam się z opiniami, że jest brzydka i zniechęca do sięgnięcia po tę lekturę... A mnie się ten troll podoba! Bardzo!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „getto dla potworów...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 sierpnia 2016 00:50
  • piątek, 04 lipca 2014
    • między teraz a Matrixem

      Czy zastanawiacie się czasem, jakie etapy rozwoju(?) cywilizacji doprowadzą nas do rzeczywistości znanej z Matrixa? Jeśli tak, to powinna was zaciekawić powieść "Gamedec. Granica rzeczywistości" Marcina Przybyłka vel Martina Anna.okładka W wykreowanym przez niego uniwersum ludzie więcej czasu spędzają w światach komputerowych gier fabularnych niż w realium (notabene, ta nazwa podoba mi się dużo bardziej niż pozostający w powszechnym użyciu real) – używając specjalnego łoża oraz aparatury połączonej z mózgiem gracz może brać udział w walkach, wyścigach, polowaniach, orgiach itepe, itede oraz autentycznie odczuwać rozkosz, ból i inne doznania fizyczne, których doświadcza jego awatar.

      Korzystanie z takiej technologii bywa, oczywiście, niebezpieczne – wprowadzane do gier wirusy mogą spowodować uszczerbek na zdrowiu gracza lub nawet jego śmierć, a publiczne ujawnienie udziału osób uprawiających profesje zaufania społecznego w niektórych grach może być dla nich równoznaczne z zakończeniem kariery. Nic więc dziwnego, że ludzie czasem wynajmują dla swoich awatarów gierczanych bodyguardów, detektywów lub pomagierów do wszystkiego, a mówiąc jednym słowem: gamedeców. Jednym z nich (najlepszym?) jest Torkil Aymore z Warsaw City.

      "Gamedec. Granica rzeczywistości" to tuzin opowieści o przygodach Torkila w różnych światach wirtualnych i w realium. Przyciągnęła mnie do nich (poza poleceniem innego czytelnika) myśl, że ten pomysł dał autorowi nieczęstą w powieściach fantastycznych możliwość połączenia hard science fiction z fantasy. Niestety, trochę się zawiodłam – ani Torkil, ani jego pracodawcy nie grywają w fabuły charakterystyczne dla fantasy... Ale i tak bardzo mi się ta antologia spodobała! I trochę się zdziwiłam po wygooglowaniu informacji, że po raz pierwszy wydano ją ponad dekadę temu, a obecnie przygody Torkila Aymore'a zajmują sześć tomów (kolejne książki są już powieściami). Mało tego, okazało się, że Marcin Przybyłek, o którym ja usłyszałam po raz pierwszy, jest dość znany miłośnikom fantastyki... No cóż, teraz i ja zapamiętam to nazwisko (i wam też radzę)!

      Szczególnie polecam "Gamedec. Granicę rzeczywistości" miłośnikom cyberpunku i fantastyki przygodowej, nastawionej raczej na dzianie się, niż na zgłębianie meandrów ludzkiej psychiki. karta tarotaTen aspekt opowieści o (prawdopodobnie) najlepszym gamedecu dostrzegł nawet mój Shadowscapes Tarot, bo wybrał do zilustrowania tej książki kartę Koło Fortuny, która jest kartą zmian i – właśnie – nieustannego dziania się. A ponieważ literatura akcji świetnie sprawdza się w wersji audio, to właśnie w taki sposób zapoznałam się z pierwszym tomem przygód Torkila Aymore'a. Co ciekawe, lektorem wydanego niedawno przez Bibliotekę Akustyczną audiobooka jest sam autor i czyta tę książkę tak, jak lubię najbardziej, tj. bez nadmiernego aktorzenia (gwiazdorzenia?) i innych nieznośnych efektów specjalnych, które czasem (na własny użytek) nazywam 'manierą piosenki aktorskiej' (i nawet lubię – ale tylko i wyłącznie w kontaktach z piosenką aktorską!).

      Aha! Zamiłowanie do gier cRPG nie jest warunkiem koniecznym do czerpania przyjemności z tej lektury, czego jestem najlepszym dowodem, bo grywam co najwyżej w... qwirkle (wstawiam link złośliwie – może ktoś z was pogra... zamiast czytać i pisać recenzje oraz wpędzać mnie w kompleksy ich liczebnością:)). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      piątek, 04 lipca 2014 22:32
  • niedziela, 11 maja 2014
    • Rycerz z wyboru

      "Rycerz Siedmiu Królestw" George'a R. R. Martina zawiera – jak głosi podtytuł – "Trzy historie ze świata Gry o tron". Trochę mnie zdziwiło, dlaczego w tym podtytule znajduje się odniesienie do serialu telewizyjnego, a nie do cyklu powieściowego – zatytułowanego, przypominam, "Pieśń Lodu i Ognia" – ale chyba trzeba się będzie w końcu pogodzić z faktem, że (przynajmniej dla niektórych) książka to taki sam towar jak inne, więc na jego opakowaniu umieszcza się takie informacje, które w mniemaniu producenta zmaksymalizują sprzedaż. A ja zdziwiłam się zapewne tylko dlatego, że cykl mnie zachwycił, a serial, mówiąc eufemistycznie, nie porwał.

      okładkaAkcja historii zebranych w tomie "Rycerz Siedmiu Królestw" toczy się niemal sto lat przed wydarzeniami opisanymi w "Pieśni Lodu i Ognia". W pierwszej z nich, zatytułowanej "Błędny rycerz", poznajemy głównych bohaterów: szesnasto- lub siedemnastoletniego giermka błędnego rycerza, Dunka – z którym zawieramy znajomość akurat wtedy, kiedy oddaje swojemu panu, ser Arlanowi z Pennytree, ostatnią posługę – oraz Jaja, który wykazuje się niezwykłą wprost determinacją, żeby zostać... giermkiem Dunka. Bo Dunk, który "Nie znał innego losu niż życie błędnego rycerza" zaczyna się mianować ser Duncanem Wysokim i podejmuje starania o udział w turnieju rycerskim. Nie jest to łatwe – odziedziczona po dawnym panu zbroja jest na niego za mała i musi zdobyć inną, a turniejowy mistrz gier nie wierzy, że Dunk jest rycerzem... Czy uda mu się pokonać wszystkie przeciwności? – Niby od razu wiadomo, jak  brzmi odpowiedź na tak postawione pytanie, ale w literaturze i matematyce (i może nawet w życiu) liczy się nie tyle wynik, ile sposób jego uzyskania – a w przypadku wszystkich trzech historii o przygodach „Rycerza Siedmiu Królestw" zaskakują oba te elementy.

      W drugiej opowieści, "Wierny miecz", której akcja rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach opowiedzianych w pierwszej, Dunk jest rycerzem w służbie ubogiego ziemianina Eustace'a Osgreya i uczestniczy w batalii o... strumień z jego sąsiadką, laddy Webber, zwaną Czerwoną Wdową. Czy poczuje się zwolniony ze złożonej przysięgi, kiedy odkryje, że jego nowy pan wielokrotnie wprowadził go w błąd...?

      W ostatnim epizodzie, "Tajemniczy Rycerz", autor znowu każe swoim bohaterom wziąć udział w turnieju, gdzie – ze zwykłym sobie szczęściem – trafiają na spisek... Jak się zachowają? Tym razem również – może nawet wyraźniej niż w przypadku poprzednich epizodów – spod warstewki awanturniczo-przygodowo-łotrzykowskiej wyziera pytanie, co bardziej konstytuuje rycerza: pasowanie czy postępowanie. George R. R. Martin jest Amerykaninem, więc można się domyślić, na co postawi, ale i tak zaskoczyły mnie jego pomysły na poparcie lansowanej tezy i zohydzenie czytelnikowi niektórych spośród tych rycerzy, których rycerskości (w sensie statusu) nikt nie kwestionuje.

      Nie powiedziałabym, że "Rycerz Siedmiu Królestw" należy do tych książek, które każdy musi przeczytać, ale mnie się bardzo spodobały wszystkie (czyli trzy) zebrane w niej opowiadania – a odpowiadały mi w nich zwłaszcza suspens, humor i głęboki wgląd w ludzką naturę. Mam tylko dwa zastrzeżenia: blurb niepotrzebnie zdradza kim jest Jajo, a w późniejszych epizodach niepotrzebnie przypominane są wcześniejsze przygody bohaterów – rozumiem, że to skutek tego, że te opowiadania powstawały na przestrzeni kilku lat i były publikowane w różnych miejscach, ale ktoś mógł je przecież wycyzelować na potrzeby tego wydania (i nie musiał to być sam Martin, zajęty – mam nadzieję – pisaniem kolejnego tomu "Pieśni Lodu i Ognia").

      karta 4 MonetPo lekturze, zgodnie z podjętym postanowieniem, zasięgnęłam opinii Tarota i po raz kolejny przekonałam się, że moje karty (albo/i moja podświadomość) są niesamowicie dowcipne – wylosowałam kartę z ilustracją... smoka, a ponieważ nie posługiwałam się talią Dragons Tarot, była to jedyna taka w całej talii – Czwórka Monet. W pierwszej chwili pomyślałam nawet, że w tym wyborze nie ma nic poza dowcipem, ale natychmiast uświadomiłam sobie, że bynajmniej (mój Tarot nie jest taki!;)), karty wskazały po prostu samo sedno i zasadniczą przyczynę wszystkich tarapatów ser Duncana Wysokiego – brak innych źródeł utrzymania poza byciem rycerzem. "Rycerstwo wymagało czegoś więcej niż rycerskiej postawy i biegłości we władaniu bronią. Wymagało też konia, miecza i zbroi, co było bardzo kosztowne", a sensem Czwórki Monet jest właśnie moc osiągnięta dzięki posiadaniu pewnych zasobów. Swoją drogą konstatacja, że bycie rycerzem jest uwarunkowane stanem posiadania to kolejny żart Martina z archetypu (tym razem rycerza), a podobnych żartów (z innych archetypów) w "Rycerzu Siedmiu Królestw" nie brakuje. Lubię to!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 maja 2014 02:01

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Kanał informacyjny




MOTTO:


Nie, nie zażywam narkotyków,
zażywam książki.







Książki to świat, który człowiek sobie wybiera,
a nie na który przychodzi.




AUTORKA:


Dorota Anna Rusek

Dorota A. Rusek

zaczytAnia(ykw)gazeta.pl




O blogu...




SPISY LEKTUR:





skocz do spisu


Przeczytane w roku:

skocz do spisu

skocz do spisu

skocz do spisu


skocz do spisu


skocz do spisu





stat4u