popularnonaukowa

  • sobota, 30 maja 2015
    • wojna totalna i totalne zaczytanie

      "Sierpniowe salwy" Barbary Tuchman przejdą do historii (mojej osobistej) jako książka, która otworzyła mnie na całkiem nowe spektrum czytelniczych doświadczeń, co stawia ją w jednym szeregu z... cyklem wiedźmińskim Andrzeja Sapkowskiego. Saga o wiedźminie otworzyła przede mną świat fantastyki, a "Sierpniowe salwy" sprawiły, że przestałam omijać półki z książkami historycznymi.

      okładka

      Barbarze Tuchman udało się tak wyraziście i przekonująco przedstawić procesy poprzedzające wybuch I wojny światowej, że czułam się trochę tak, jakbym wsiadła w wehikuł czasu i osobiście śledziła przebieg opisanych przez nią wydarzeń. Przyjęłam jej punkt widzenia tak bezkrytycznie, że aż mnie to zaniepokoiło i zaopatrzyłam się w "Święto wiosny" Modrisa Eksteinsa, aby sprawdzić jak inny autor przedstawia genezę Wielkiej Wojny. A żeby dokładniej prześledzić losy Polaków – walczących na wszystkich frontach i po obu stronach – dorzuciłam do zakupowego koszyka także "Naszą wojnę" Macieja Górnego i Włodzimierza Borodzieja. Mam nadzieję, że już wkrótce znajdę czas na obie te lektury.

      "Sierpniowe salwy" to pozycja nienowa, ale (do)ceniona - w 1963 r. Barbara Tuchman otrzymała za nią nagrodę Pulitzera, a nieco później "The Times" umieścił ją na liście 100 najważniejszych książek non fiction XX wieku.

      Czytałam ją podczas prezydenckiej kampanii wyborczej i mam wrażenie, że przydało jej to dodatkowych smaczków...
      ...Zauważyliście, że poprzednie zdanie nie komunikuje jasno, czy to kampania została 'przyprawiona' lekturą, czy odwrotnie? To dlatego, że reakcja zachodziła w obie strony. Kampania uwrażliwiła mnie na przekaz książki, a lektura książki uświadomiła mi, jak duże znaczenie ma to, kto w danym kraju (lub armii) podejmuje decyzje i czy kieruje się przy ich podejmowaniu przesłankami racjonalnymi, czy raczej osobistymi uprzedzeniami, emocjami, wyobrażeniami itd., itp. Nie dziwię się więc, że podczas tzw. kryzysu kubańskiego, grożącego wybuchem globalnego konfliktu nuklearnego, prezydent USA John F. Kennedy polecił członkom Rady Bezpieczeństwa Narodowego przeczytać tę książkę.

      Może teraz powinni ją przeczytać wszyscy nasi politycy? A może właśnie nie politycy, a społeczeństwo – żeby zobaczyć, jak rządzącym zdarza się manipulować opinią publiczną...?

      Szczerze mówiąc, świadomość, że Wielka Wojna mogła wcale nie wybuchnąć albo zakończyć się już w pierwszych tygodniach – i to zwycięstwem dowolnej ze stron konfliktu – jest (eufemistycznie mówiąc) niepokojąca. Gdyby dyplomaci i wojskowi podejmowali nieco inne decyzje – gdyby któryś z nich od czasu do czasu odrobinę zwątpił we własną nieomylność i posłuchał rad otoczenia – świat mógłby dzisiaj wyglądać zupełnie inaczej; tym bardziej, że wielu historyków uważa drugą wojnę światową za 'dogrywkę' po tej pierwszej...

      "Sierpniowe salwy" zawierają mnóstwo specjalistycznej wiedzy o wszystkim, co wiąże się z wojskowością oraz szczegółowe dane historyczne, na które... niespecjalnie zwracałam uwagę. Dla mnie najważniejsze były odpowiedzi na pytania dlaczego oraz po co i je otrzymałam. Autorka z taką werwą i kunsztem oddała nerwowość rozgrywających się wówczas wydarzeń i generowanych jeden po drugim kryzysów dyplomatycznych, że gdybym nie wiedziała, jak to wszystko się skończy, to chyba zaczęłabym z nerwów obgryzać paznokcie ;)

      Jedyne, do czego mogłabym zgłosić zastrzeżenia, to dziwna konstrukcja niektórych zdań, co zapewne jest wadą występującą jedynie w wydaniu polskim... 

      karta tarota - Księżyc

      Kilka intrygujących przykładów kreatywnego (jak mniemam) przekładu można znaleźć we fragmencie opublikowanym w serwisie Histmag.org.

      Na koniec dodam, że 'zawieszam się' za każdym razem, kiedy spojrzę na okładkę tej książki – nie wiedzieć czemu, widoczny na niej żołnierz bardziej kojarzy mi się z bohaterem fantasy niż z uczestnikiem tzw. nowoczesnej wojny... Z drugiej jednak strony, to zdjęcie jest świetną ilustracją przejścia od wojen toczonych bezpośrednio do tych, w których większą rolę od żołnierzy gra wojenna technologia.

      Podobno wiedza o Wielkiej Wojnie jest warunkiem sine qua non zrozumienia procesów zachodzących współcześnie  jeszcze nie doznałam żadnego większego oświecenia dotyczącego współczesności, ale bardzo na takie liczę ;) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      sobota, 30 maja 2015 14:11
  • niedziela, 12 stycznia 2014
    • nie tylko o bzykaniu

      Lubię przyglądać się owadom – i w naturze, i na zdjęciach makro. Lubię nawet biegać z aparatem fotograficznym i polować na takie futrzaki:

      ilustracja 

      Jednak kiedy po raz pierwszy zobaczyłam książkę Marlene Zuk "Seks na sześciu nogach. Kto bzyka w trawie" tylko wzruszyłam ramionami, bo jakoś nie miałam ochoty na lekturę owadziego porno.

      Postanowiłam do niej zajrzeć dopiero po obejrzeniu kilku zabawnych filmików Isabelli Rossellini z serii "Green Porno", w tym tego:

      (bardzo à propos bloga, na którym często goszczą kryminały, prawda?).

      okładka książkiSzybko przekonałam się, że książka Marlene Zuk to niezwykle ciekawa – i bynajmniej nie ograniczona do tego, jak TO robią owady – (nomen omen) pozycja. Podejrzewam nawet, że nadając jej taki tytuł, autorka strzeliła sobie w kolano – część potencjalnie zainteresowanych tematyką tej książki czytelników przejdzie obok niej obojętnie (jak choćby ja za pierwszym razem), a ci, których słowo seks przyciągnie, mogą nawet nie dotrzeć do rozdziałów, w których jest o nim mowa.

      Czego zatem mogą się spodziewać ci, którzy sięgną po tę lekturę? Na przykład historyjek zapowiadanych pierwszym zdaniem blurbu: "Owady bez przerwy robią takie rzeczy, przy których najokropniejsze pomysły twórców horrorów wypadają zupełnie blado" – w tej kategorii wygrywa chyba opowieść o osie szmaragdowej, która potrafi zaaplikować jad w głowę karalucha tak precyzyjnie, że zamienia go w… zombie, dające się zaprowadzić do gniazda, gdzie osa składa na nim jaja i zostawia jako posiłek dla swojego potomstwa.

      Znajdziecie w tej książce także rozważania o uczeniu się, osobowości, niewolnictwie, homoseksualizmie, równości płci, błędach w filmach animowanych… itede itepe. 

      Mnie szczególnie zaciekawiły pomysły biologów na eksperymenty, za pomocą których badali uzdolnienia i możliwości owadów – musieli się nieźle nakombinować, żeby udowodnić chociażby to, że pszczoły potrafią liczyć do 4, rozpoznawać twarze ludzi oraz wskazywać położenie źródeł pokarmu i miejsc, gdzie rój mógłby się osiedlić. Dodam tutaj, że i badaczom zdarzają się dość makabryczne pomysły – np. sprawdzając czy samice trojszyków potrafią wpływać na to, kto zostanie ojcem ich potomstwa, podrzucali gotowym do kopulacji samcom świeże zwłoki samic…

      Wszystkich, których udało mi się tą książką zaciekawić, ostrzegam, że Marlene Zuk naprawdę jest zafascynowana owadami i pisze o nich w taki sposób, że trudno się tej fascynacji oprzeć; a zawarta w omawianej książce wiedza o możliwościach owadów – dysponujących naprawdę ograniczonymi układami nerwowymi – może każdego czytelnika doprowadzić do konstatacji, którą Mandyam Srinivasan wyraził słowami: "czasem zastanawiam się, co my właściwie robimy tymi dwukilogramowymi mózgami" ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „nie tylko o bzykaniu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 stycznia 2014 23:49
  • piątek, 02 sierpnia 2013
    • pierwszy krok do zrozumienia software'u Wszechświata

      Bardzo podoba mi się często powtarzana przez prof. Michała Hellera metafora, w której porównuje świat fizyczny do hardware'u Wszechświata, a matematykę do jego software'u, co jest ciekawym unowocześnieniem stwierdzenia Galileusza, że księgę przyrody zapisano językiem matematyki. Zasadność podobnych twierdzeń jest – mam nadzieję – oczywista, bo to na ten język przekłada się wszystkie odkrycia, a status prawdziwości przyznaje się im dopiero wtedy, kiedy wszystkie rachunki się zgadzają. Jednak nawet ci, którzy nie wiedzą, że w opisach kształtów wielu roślin, niektórych utworów muzycznych i proporcji na obrazach m.in. Leonarda da Vinci występują liczby tworzące ciąg Fibonanacciego, a tor lotu owada do światła i muszle mięczaków mają kształty spirali logarytmicznych – ba!, nawet ci, którym nic nie mówią takie pojęcia jak ciąg i logarytm – przeżyją życie otoczeni zewsząd liczbami.

      Hugo Steinhaus stwierdził kiedyś, że "Matematyka nie może wypełnić życia, ale jej nieznajomość już niejednemu je wypełniła", a o prawdziwości jego słów przekonuje się każdy, komu nie domyka się domowy budżet, kogo oszukują nieuczciwi kontrahenci, i ten, kto do wypełnienia deklaracji PIT musi zatrudniać księgową. Zadziwiające jest to, że chociaż wszyscy zgadzają się z twierdzeniem, iż znajomość Królowej Nauk jest przydatna, to wciąż mnóstwo ludzi (w tym wielu celebrytów) – bez choćby odrobiny wstydu – opowiada publicznie o swoich problemach z opanowaniem jej podstaw. A to przecież tak, jakby mówili, że mają niskie IQ, bo wszystkie światowe badania, polskie również, pokazują, że przeciętna inteligencja wystarczy do opanowania materiału szkolnego z matematyki na dobrym poziomie.

      O dziwo, nawet umiejętność sprawnego wykonywania obliczeń w pamięci bywa czasem deprecjonowana przez ludzi dowodzących, że do tego celu wolą używać kalkulatorów, bo wówczas uzyskają wynik szybciej i na pewno będzie on prawidłowy. Każdy, kto tak twierdzi, powinien obejrzeć pokaz matemagii, podczas którego Arhtur Benjamin, profesor matematyki z Harvey Mudd College w Claremont (Kalifornia, USA), nie tylko udowadnia, że można liczyć szybciej niż kalkulator, ale i unaocznia widzom, iż niezawodność maszyn nie gwarantuje sukcesu, ponieważ błędy mogą generować używający ich ludzie.

      Jeden z jego najbardziej znanych występów – w ramach słynnej konferencji naukowej TED – można obejrzeć online:

      Jestem pewna, że uczestnicy tego seansu (oraz innych tego typu) już nigdy nie pomyślą, że wszyscy matematycy to poważni nudziarze; a niejedna uczennica i niejeden uczeń westchnie, że chciał(a)by mieć takiego nauczyciela.

      Jeśli ty również chciał(a)byś, żeby ktoś tak żywiołowy i pełen entuzjazmu jak Arthur Benjamin nauczył cię szybkiego wykonywania obliczeń pamięciowych, to mam dla ciebie dobrą wiadomość – jeśli tylko dasz mu szansę, to… on to zrobi! Wystarczy, że sięgniesz po książkę, której jest współautorem: okładka książki"Matemagia. Tajniki pamięciowej matematyki", a – jeżeli naprawdę zechcesz – nauczysz się liczyć tak szybko, jak on i zadziwiać znajomych (albo widzów na własnych pokazach matemagii – czemu nie) trikami z wykorzystaniem liczb oraz określaniem dnia tygodnia dla dowolnej daty.

      Jedyna (wykraczająca poza umiejętność wykonywania obliczeń na poziomie dzieci z pierwszego etapu edukacyjnego) wiedza jakiej potrzebujesz, żeby zrozumieć instrukcje Arthura Benjamina i Michaela Shermera (drugi współautor) to… znajomość tabliczki mnożenia. Wszystkie pozostałe niezbędne wiadomości autorzy przekażą ci (lub tylko przypomną) w kolejnych rozdziałach swojej książki, a umiejętności zdobędziesz sam – ćwicząc. I nie będzie ci do tego potrzebna ani asekuracja ;), ani żaden dodatkowy instruktor.

      Gdybym miała wypunktować trzy największe zalety tej książki, to wymieniłabym kolejno następujące fakty:

      1. to naprawdę jest w 100% samouczek, krok po kroku wprowadzający czytelnika w tajniki pamięciowej matematyki;

      2. autorom udało się zawrzeć w słowie pisanym ten entuzjazm, którym Arthur Benjamin promieniuje na scenie podczas swoich spektakli;

      3. system pamięciowy, którego matemagik Benjamin używa, żeby zapamiętać duże liczby (oraz numery telefonów, piny i daty), to znany wszystkim wielbicielom mnemotechnik kod fonetyczno-spółgłoskowy, propagowany w książkach Tony’ego Buzana, Marka Szurawskiego (notabene, moich ulubionych) i wielu innych poświęconych treningom pamięci, co czyni "Matemagię. Tajniki pamięciowej matematyki" pozycją… kompatybilną.

      Polecam tę książkę i nauczycielom (świetny materiał na zajęcia dodatkowe!), i uczniom (na wszystkich egzaminach liczy się czas, więc warto liczyć szybko!) oraz wszystkim tym, którzy chcą zrobić pierwszy krok na drodze do zrozumienia języka Natury – ze szczególnym uwzględnieniem tych, którym wydaje się, że matematyka jest dla nich zbyt trudna. Po tej lekturze każdy uwierzy, że sztuki matematycznego geniuszu po prostu można się nauczyć i – przy odrobinie cierpliwości – sam ją opanuje.

      Rewelacyjna rzecz!

       

       

      Za książkę dziękuję Wydawnictwu Pierwsze

      oraz

      serwisowi Czytanie nie szkodzi

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „pierwszy krok do zrozumienia software'u Wszechświata”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      piątek, 02 sierpnia 2013 21:09

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Kanał informacyjny




MOTTO:


Nie, nie zażywam narkotyków,
zażywam książki.







Książki to świat, który człowiek sobie wybiera,
a nie na który przychodzi.




AUTORKA:


Dorota Anna Rusek

Dorota A. Rusek

zaczytAnia(ykw)gazeta.pl




O blogu...




SPISY LEKTUR:





skocz do spisu


Przeczytane w roku:

skocz do spisu

skocz do spisu

skocz do spisu


skocz do spisu


skocz do spisu





stat4u