współczesna literatura polska

  • wtorek, 07 kwietnia 2015
    • cudze cierpienie artystę uszlachetnia?

      okładka"Sońkę" zdążyłam – na szczęście – przeczytać zanim Ignacy Karpowicz i Kinga Dunin zaczęli się nawzajem wypychać z panteonu moich idoli. Nie zachwyciła mnie tak, jak wcześniejsze powieści Karpowicza, więc gdybym przeczytała ją później, to pewnie zastanawiałabym się, czy moja reakcja jest skutkiem uprzedzenia do autora... A tak – jedno zmartwienie mniej. I nawet jeśli należałoby ono do kategorii zmartwień mniejszych, to lepiej go nie mieć niż je mieć ;)

      Nie zrozumcie mnie źle. Chętnie przyznam, że "Sońka" reprezentuje prozę wysokich – a może i najwyższych – lotów. Karpowicz jest w końcu – nawet jeśli po wspomnianym wyżej incydencie, nie wydaje się to już takie oczywiste – człowiekiem inteligentnym, a do tego niezwykle sprawnym pod względem językowym. Nie sądzę by kiedykolwiek napisał coś, co będę zmuszona nazwać chałą ;)

      Nie zmienia to jednak faktu, że opowieść o wojennych (głównie) losach gwałconej przez ojca i lekceważonej przez braci mieszkance małej wioski, która znienacka zakochała się w esesmanie, czytałam z rozczarowaniem, które rosło z każdą przeczytaną stroną, ponieważ nie spełniała moich wyśrubowanych oczekiwań. A potem jeszcze musiałam sobie poradzić z dysonansem poznawczym, kiedy całą przestrzeń recenzencką zalała fala zachwytów...

      Niestety, nawet wyznanie Ignacego Karpowicza, że urodził się po to, by "Sońkę" napisać, nie sprawiło, że zmieniłam zdanie na jej temat. Nie stała się moją ulubioną powieścią. I – przykro mi – nigdy nie zrozumiem nikogo, kto nazywa to, co połączyło Sońkę i Joachima, miłością. A przywoływanie w tym kontekście sceny w której on mówi (po niemiecku) o mordowaniu Żydów, a ona wyobraża sobie, że słyszy opowieść o przyszłym wspólnym szczęśliwym życiu jest dla mnie dowodem jakiejś aberracji – albo umysłowej, albo moralnej, albo (przynajmniej) estetycznej.

      Tylko jeden z bohaterów tej książki kochał naprawdę – ten, który ożenił się z kochanką nazisty i zgodził się uchodzić za ojca jej nieślubnego dziecka. Misza. Jedyny, którego polubiłam.

      Najbardziej jednak podobało mi się wprowadzenie do tej historii postaci Ignacego Gryki/Igora Grycowskiego, reżysera teatralnego oraz literata "od powieści bez uchwytnej fabuły", który wysłuchuje opowieści "Sońki" i – na oczach czytelnika – przetwarza ją na sztukę teatralną, odsłaniając przy tym podszewkę procesu twórczego (a może nawet majty w kolorze nieco izabelowatym...).

      Ciekawe, czy choć jeden czytelnik nie zastanawiał się, ile w tej postaci samego Karpowicza?

      Przyszłym biografom autora pozostawiam rozważania nad tym, jaki związek z jego życiem osobistym ma fakt, że jednym z kamieni węgielnych wszystkich jego dotychczas napisanych (a dokładniej: przeczytanych przeze mnie) powieści jest niemożność pełnego porozumienia się dwojga osób. Muszę jednak wyznać, że – wiedząc o zmianach, które nastąpiły w życiu Karpowicza – z większą niż dotychczas ciekawością, czekam na jego kolejną książkę; nieustająco pozostając wierna dewizie, którą wyartykułowała za mnie postać z "Kalekich dzikusów z gorących krajów" Toma Robbinsa: "Szukam pisarzy, których dzieła są rozwinięciem intelektu, a nie rozwinięciem nerwicy."

      Mimo wszystko, polecam waszej uwadze "Sońkę" oraz jej bohaterkę, której tak łatwo współczuć, kiedy doznaje krzywd i tak trudno, kiedy wyznaje: „[...] jak ja tęsknię do wojny! Czemuż się skończyła!?"

      Idźcie i czytajcie.

      Zmierzcie się z tym, że "Sońka" została dedykowana Dobrym ludziom...!

      karta Tarota

       

      Postscriptum

      Zapomniałam wspomnieć o moim Tarocie. Ale to tylko dlatego, że nie wniósł niczego ciekawego do mojej recepcji "Sońki", sugerując (bo tak go sobie czasem personifikuję, a co!), że jej ideę najlepiej wyraża Rycerz Kijów. Karta symbolizująca osoby, które pojawiają się w czyimś życiu znienacka i wywołują zamęt (przede wszystkim dlatego, że to, czego pragną, chcą dostać natychmiast), pozostawiając wrażenie, że było się świadkiem przejścia burzy.

      No, jak mówiłam, nihil novi. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 kwietnia 2015 18:48
  • wtorek, 01 lipca 2014
    • dłubanie ością w duszy

      "Ości" to kolejna powieść Ignacego Karpowicza, której (powolną) lekturą się delektowałam. Głównym źródłem odczuwanej przeze mnie przyjemności był niepowtarzalny (dygresyjny) styl pisarza oraz poukrywane pod (czasem bardziej, czasem mniej subtelnymi) żarcikami obserwacje dotyczące ludzkiej kondycji i kondycji stworzonej przez ludzi cywilizacji:

      "[...]odpowiedział wprost, ze szczerością, której nadal się wstydził, dowodziła ona bowiem, że socjalizacja w jego przypadku nie do końca się powiodła."

      "Rozumiała, że wtórny analfabetyzm jest ogromnym zwycięstwem cywilizacyjnym nad analfabetyzmem. A równocześnie przerażała ją skala tego sukcesu [...]"

      "Psychoterapeutka wysłuchała wstępnego CV z ust Franka i uznała, że oto trafił jej się prawdziwie wymagający przypadek. Dobrze ułożony, otwarcie wypowiadający się nawet w bolesnych kwestiach, nieunikający żadnego tematu. Po prostu koszmar."

      Zabawne i smutne. Jednocześnie.

      Aż chce się o pisarzu, który tak wyraźnie widzi niedostatki świata, powiedzieć to, co jedna z okładkabohaterek "Ości" pomyślała o swojej córce: "[...] potrafi wszystko wytłumaczyć i zrozumieć, biedne dziecko!" A jest to tym bardziej godne pożałowania, że całą tą powieścią autor mówi nam – jak słusznie zauważył (cytowany na okładce) Przemysław Czapliński – "[...] że warunkiem trwałej więzi jest nienazywanie wszystkiego po imieniu". Mówiąc krótko: to nie jest świat dla ludzi, którzy nie potrafią się samooszukiwać!

      Czas chyba napisać wreszcie o czym te "Ości" są – a to wcale nie jest łatwe. Głównie dlatego, że idealnie opisują tę powieść (cytowane już tutaj kiedyś) słowa Friedricha Aniego: "Bohaterowie są ważniejsi niż intryga. Myśli są ważniejsze niż intryga. Odczucia i psychiczne uwikłania są ważniejsze niż intryga".

      Karpowicz pisze o ludziach którzy żyją tu i teraz. Tracą pracę i jej szukają, zmagają się z chorobami swoimi, swoich zwierząt i bliskich sobie osób, zawierają nowe znajomości, imprezują, romansują... itede itepe. Jedna z ważnych postaci umiera.

      A mimo to niektórzy ludzie twierdzą po przeczytaniu tej książki, że w niej nic się nie dzieje.

      Jak zapewne się domyślacie, nie podzielam tej opinii, aczkolwiek rozumiem – nie każdy musi lubić powieści, w których główną rolę gra życie wewnętrzne jej bohaterów. Ja po prostu uwielbiam sposób w jaki Karpowicz rozkłada na czynniki pierwsze ludzką naturę, kulturę, relacje międzyludzkie i w ogóle wszystko, co tylko weźmie na celownik. Mam nawet ochotę (idąc za przykładem bookfy, która ogłosiła się największą fanką Johana Theorina) obwołać się największą fanką Ignacego Karpowicza :)

      I tym oto sposobem udało mi się odejść od udzielenia odpowiedzi na pytanie, o czym są "Ości"... ;) Pocieszam się jednak myślą, że było o tej powieści tak głośno, że już każdy wie, iż – najkrócej mówiąc – Karpowicz opowiada w niej o związkach, których zdrady nie niszczą, ale prowadzą do poszerzenia grona osób, które nazywa się bliskimi i otacza troską.

      karta tarotaMożecie sobie zatem wyobrazić, z jaką konsternacją spojrzałam na Dwójkę Monet – kartę organizacji i porządku – którą mój Shadowscapes Tarot wybrał do zilustrowana "Ości". Jednak moje karty – jak zwykle – mają rację. W świecie wykreowanym przez Karpowicza każdy zna swoje miejsce, a (wielokątne) związki – choć niezarejestrowane w urzędach i kościołach – są jednak sformalizowane. Każda z zaangażowanych uczuciowo osób zna swoje miejsce i nie miesza się do tych sfer życia swoich najbliższych, których nie mogłaby zaakceptować, gdyby naprawdę przyjęła je do wiadomości.

      Patrząc na "Ości" przez pryzmat Dwójki Monet zrozumiałam wreszcie, dlaczego ludzie angażują się w układy poliamoryczne – a miałam ze zrozumieniem tego pewne problemy, bo jestem zwolenniczką zasady wszystko albo nic (która, jak to mają w zwyczaju wszystkie zasady, nieco utrudnia swoim wyznawcom życie;)) – uświadomiłam sobie mianowicie, że współcześni ludzie z niczego, co raz zdobyli, nie chcą rezygnować; i dlatego właśnie wejście w nowy związek nie jest dla nich jednoznaczne z koniecznością zerwania związku poprzedniego – jakby powtarzali sobie słowa, którymi Hajo Banzhaf opisał przesłanie Dwójki Monet: "[...] jeśli coś nie wyjdzie Ci od razu - powtórz próbę, a potem jeszcze raz i jeszcze, do tej pory, dopóki nie wygrasz lub całkiem Ci nie zbrzydnie."

      Jak widać, nie podzielam entuzjazmu autora dla "nowoczesnych" związków (co wcale jednak nie znaczy, że je potępiam), ale i tak uważam "Ości" za rewelacyjną powieść.

      Podoba mi się nawet okładka, choć uczciwie muszę przyznać, że nie spodobała mi się od pierwszego wejrzenia, ale dopiero po usłyszeniu "interpretacji", że jej górna część symbolizuje ewolucję, a dolna – wrzeszczący patriarchat :)

       

      Kocham pana, panie Sułku Karpowicz! ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „dłubanie ością w duszy ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 lipca 2014 21:30
  • sobota, 29 grudnia 2012
    • matki i córki czyli literackie ustawienie rodzinne

       "Piaskowa Góra" Joanny Bator to kolejna z moich półkowniczek, którą bardzo długo miałam zamiar przeczytać i jakoś nie mogłam się za czytanie zabrać; a kiedy już się za nie zabrałam, to nie mogłam się od lektury oderwać… I czemu tak zwlekałam…?! Ech!

      Tym, co najbardziej – i najszybciej, bo już po przeczytaniu kilkunastu pierwszych stron – mnie zaskoczyło, był dysonans między formą i treścią "Piaskowej góry". Forma przywodziła mi na myśl dzieła pisane kiedyś, dawno temu, przez pionierów tzw. nowoczesnej powieści, a treść jest tak współczesna i aktualna, jak to tylko możliwe, choć pewnie dałoby się też obronić tezę, że jej główne motywy są takie same jak, nie przymierzając, w powieściach Wiktora Hugo – zgubne pożądanie i niedostatek tolerancji…

      okładka książkiAkcja powieści dzieje się głównie w Wałbrzychu, kilkadziesiąt lat po wojnie, do której od czasu do czasu powracamy w retrospekcjach. Protagonistką jest Dominika Chmura, ale staje się to oczywiste dopiero po przeczytaniu całej książki, bo w międzyczasie autorka ogniskuje naszą uwagę na innych jeszcze osobach, najczęściej silnie powiązanych z rodziną Dominiki. Najwięcej miejsca poświęciła autorka kobietom, a zwłaszcza matce Dominiki i jej obu babkom oraz samej Dominice. Szczególnie  skrupulatnie przeanalizowała przy tej okazji relacje matka-córka, przybierające w tej rodzinie formy tak patologiczne, jak je przedstawia w swoich analizach Wojciech Eichelberger (notabene, jego "Kobieta bez winy i wstydu" zrobiła na mnie wrażenie... piorunujące – chyba przeczytam ją jeszcze raz, żeby sprawdzić, jak będzie teraz;)).

      Piaskowa Góra to blokowisko – jedno z takich, jakich wiele wyrosło w powojennej Polsce – a opowieści o kolejach losu  jego mieszkańców są (podobnie jak to było w przypadku "Traktatu o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego) opowieścią o losach całego pokolenia Polaków, którzy szukali swojego miejsca na ziemi. Joanna Bator napisała tak: "Wałbrzyska ziemia odzyskana budzi nadzieje zwłaszcza w tych, którzy swojej nigdy nie mieli. Są znikąd, ale chcą wyjść na swoje, by być skądś. [...] Na Piaskowej Górze zmieści się ich aż trzydzieści tysięcy, bo będą dobrze upchani w podzielonych na jednakowe przegródki pudłach domów".  Co może powstać w takim miejscu? Tylko Babel! I na tym właśnie Babelu rozpoczyna życie Dominika Chmura...

      Kiedy zamknęłam tę książkę po przeczytaniu ostatniej strony, zaczęłam się zastanawiać… Czy ta powieść przybrała postać (mini)sagi dlatego, że Joanna Bator chciała nam opowiedzieć kilka niezwykle ciekawych historii? A może raczej dlatego, że pisarka wierzy w to, że każdy człowiek jest częścią systemu rodzinnego, mającego wpływ na jego los, i po prostu nie mogła nam opowiedzieć o Dominice, nie wspominając przy tym o długach, jakie odziedziczyła ona po swoich przodkach? Na razie nie udało mi się tego dylematu rozstrzygnąć, ale może dokonam tego po lekturze "Chmurdalii" (kolejnej mojej półkowniczki), będącej kontynuacją "Piaskowej Góry" – bardzo liczę na to, że będzie to opowieść o jakimś międzypokoleniowym uzdrowieniu ;) A mój apetyt zaostrza zacytowana na okładce wypowiedź autorki, w której stwierdza ona m.in., że interesuje ją "Inność, która pojawia się jak Dominika Chmura" – mam nadzieję, że w kolejnym tomie opowieści o jej życiu ta inność stanie się nieco wyraźniejsza...

      A ponieważ "Piaskowa Góra" była nominowana do nagrody Nike w 2010 roku, a jej kontynuacja, "Chmurdalia", w roku 2011 (i nawet znalazła się w finale), to chyba zacznę się rozglądać za innymi książkami nominowanymi do tej nagrody, bo moje preferencje wydają się wyjątkowo zbieżne z gustem kapituły tej nagrody ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „matki i córki czyli literackie ustawienie rodzinne”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      sobota, 29 grudnia 2012 23:59

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Kanał informacyjny




MOTTO:


Nie, nie zażywam narkotyków,
zażywam książki.







Książki to świat, który człowiek sobie wybiera,
a nie na który przychodzi.




AUTORKA:


Dorota Anna Rusek

Dorota A. Rusek

zaczytAnia(ykw)gazeta.pl




O blogu...




SPISY LEKTUR:





skocz do spisu


Przeczytane w roku:

skocz do spisu

skocz do spisu

skocz do spisu


skocz do spisu


skocz do spisu





stat4u