Wpisy

  • poniedziałek, 02 stycznia 2017
    • był sobie rok 2016...

       ...a w roku 2016 czytałam i słuchałam audiobooków. Jak zwykle.

      Tradycyjnie, liczbowe zestawienie moich ubiegłorocznych lektur ilustruje tabelka:

      Książki fabularne Książki niefabularne
      przeczytane wysłuchane przeczytane wysłuchane
      27 87 6 11

      Szybkie sumowanie daje liczbę 131, stanowiącą dla mnie pewne zaskoczenie, jednak szybki rzut oka na strukturę moich lektur wiele wyjaśnia. Przeważają audiobooki, a tych słuchałam podczas czynności takich jak np. tworzenie makram (moja odkryta na nowo pasja), prace domowe i jazda samochodem... Wszystko jasne!

      Wśród moich ubiegłorocznych lektur nie potrafię wskazać książki, którą mogłabym nazwać wybitną lub arcydziełem więc wymienię kilka tych, na wspomnienie których moja czytelnicza dusza reaguje poruszeniem.

       Zacznijmy od książek fantastycznych:

      "Dożywocie" Marty Kisiel jest przezabawne i – nie mogę tego inaczej ująć – urocze.

      "Idź i czekaj mrozów" Marty Krajewskiej zawiera nawiązania do demonologii słowiańskiej, która – ku mojemu żalowi – rzadko inspiruje pisarzy, a szkoda (czego dowodem ta opowieść).

      "Redlum" Katarzyny Rupiewicz doczekało się postu na moim blogu - kliknij.

      Wśród książek o tematyce kryminalno-sensacyjnej na szczególne wyróżnienie zasługuje cykl pn. "Camille Verhoeven" Pierre’a Lemaitre’a. Należące do niego powieści wydawano u nas w niewłaściwej kolejności, zaczynając od tomu 2. (który, notabene, przeczytałam w 2013 r.), ale teraz dostępne są już wszystkie trzy części: 1. "Koronkowa robota" 2. "Alex" 3. "Ofiara" – każdą z nich polecam!

      Jeśli zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby Miłoszewski napisał "Uwikłanie" w takiej konwencji jak "Bezcennego", to sięgnijcie po "Czerwonego kapitana" Dominika Dana – jest to co prawda szósta część serii, ale nie odczułam żadnego dyskomfortu związanego z nieznajomością całego cyklu. Dodam, że (z sympatii do Macieja Sturha)  obejrzałam film nakręcony na podstawie tej powieści i nikomu go nie polecam! Nijak ma się do książki i jest beznadziejny pod każdym względem (poza, oczywiście, grą M. Stuhra ;)).

      Gdybyście natomiast mieli ochotę na coś absolutnie i totalnie odjechanego, pozostającego jednak w kryminalnej konwencji, to polecam "Cyrk" Sławka Michorzewskiego – dostaniecie absurd i czarny humor w naprawdę końskich (albo: wielbłądzich - kto przeczyta ten zrozumie…) dawkach.

      Amatorom polskich kryminałów polecam cykl z Komisarzem Maciejewskim Marcina Wrońskiego – przeczytałam w ubiegłym roku wszystkie jego 8 części (a ściślej: wysłuchałam audiobooków), co chyba jest wystarczającym dowodem na to, że przypadł mi do gustu :)

      Czytelnikom lubiącym miksy kryminalno-horrorowe polecam "Nocny film" Marishy Pessl, a miłośnikom kryminałów retro  powieść "Tam ci będzie lepiej" Ryszarda Ćwirleja, z akcją umiejscowioną w międzywojennym Poznaniu (notabene, autor zapowiada cykl zapoczątkowany tą książką).

      Lekturą, do której w minionym roku wracałam najczęściej była "Zbyt głośna samotność" Hrabala, moja osobista the best z roku 2013, którą od tamtej pory czytuję w te i we w te oraz na wyrywki. A ponieważ jest to opowieść, która m.in. zmusza czytelnika do rozmyślań o ryzyku związanym z nadmiernym umiłowaniem książek ;) to moim pierwszym postanowieniem na rok 2017 będzie (jak już to się kiedyś zdarzyło) – czytać mniej.

      Zanim wyjawię swoje drugie postanowienie noworoczne, zdradzę, że pod koniec minionego roku spadły na mnie znienacka (jak pijany kominiarz) dwie konstatacje. Pierwsza dotyczyła... neutralizatora zapachów do kociej kuwety: kiedy przestałam go używać, przekonałam się, że jednak coś dawał ;) Druga – bardzo, wbrew pozorom, podobna – dotyczyła prowadzenia tego bloga – dopiero po upływie roku, kiedy przestałam na nim publikować (małe wyjątki spokojnie można pominąć) zauważyłam, że… coś mi dawał ;) Okazało się mianowicie, że książki, które czytałam z nastawieniem, że o nich napiszę  (nawet jeśli później o nich nie pisałam…) pamiętam dużo lepiej (tj. z większą ilością szczegółów) od tych, przy których nie miałam takich planów. A zatem, moim drugim postanowieniem noworocznym jest: pisać o przeczytanych książkach.

      Już za rok przekonamy się, jak mi poszła realizacja tych postanowień :)

      Nowy Rok wg. Andrzeja Mleczki

      Autor ilustracji: Andrzej Mleczko

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „był sobie rok 2016...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 stycznia 2017 01:57
  • czwartek, 29 grudnia 2016
    • Bo uprawianie hobby przynosi korzyści duchowe...

      "Droga artysty" Julii Cameron to poradnik opisywany jako zbiór technik, dzięki którym mnóstwo ludzi na całym świecie (został przetłumaczony na 36 języków) odblokowało swoją kreatywność, odkryło uśpione talenty i zrealizowało twórcze marzenia. Trafił m.in. na listy 100 najlepszych poradników wszech czasów oraz 32 książek, które naprawdę mogą zmienić Twoje życie. A ja – podsumowując rok 2015 – napisałam, że w 2016 nie tylko go przeczytam, ale będę do niego wracała. Nie wątpię (ekhm...), że gorąco pragniecie poznać odpowiedź na pytanie, czy moje przewidywania się sprawdziły...

      Proszę bardzo, odpowiedź brzmi: częściowo.

      Książkę przeczytałam. Wzbudziła mój entuzjazm na tyle, że dokupiłam wersję papierową (tak, ja z tych...), a jednak wracałam do niej dużo rzadziej niż się początkowo spodziewałam.

      Okładka książkiTeraz jednak – kiedy "Drogę artysty" mam przed sobą, kiedy ponownie przeczytałam kilkanaście zaznaczonych fragmentów – zaczynam podejrzewać, że rok 2017 zacznę od powtórnej lektury... ;)

      Jaki zatem był wpływ tego poradnika na moją kreatywność?

      Patrząc na mój blog, można odnieść wrażenie, że przeczytałam poradnik o byciu bardziej twórczym, wykonałam zalecane ćwiczenia i... zamilkłam :)

      Notabene, zaczęłam się teraz zastanawiać, czy pisanie o cudzych książkach jest zajęciem twórczym, ale natychmiast doszłam do wniosku, że owszem, jest, więc nie będę dalej tej kwestii roztrząsała... ;)

      A zatem, wracając (wreszcie!) do tematu: czy ten poradnik nie działa, a może nawet szkodzi?

      Hmmm... Czas, którego nie spędziłam na pisaniu o książkach (lub na ich czytaniu) wykorzystałam na inną kreatywną działalność - plotłam makramy, nauczyłam się robić frywolitki, piec rolady i... rozpoczęłam studia podyplomowe pn. Grafika komputerowa i techniki multimedialne. Marzy mi się jeszcze kurs ceramiki i warsztaty geologiczne...

      Czy to zasługa jakiegokolwiek poradnika? Nie wiem. Może to tylko koincydencja.

      Na pewno jednak nie szkodzi mi wykonywanie ćwiczeń opisanych w "Drodze artysty" :)

      Julia Cameron twierdzi, że proponowane przez nią ćwiczenia pomogą każdemu, niezależnie od tego, czy chciałby tańczyć, malować, rzeźbić, komponować etc. i niezależnie od tego, czy działalność artystyczna stanowi jego zawód czy hobby. Jestem skłonna przyznać jej rację.

      Musicie jednak wiedzieć, że autorka tak często odwołuje się do Boga (ewentualnie: Siły Wyższej), że nawet mnie – osobę, która w ilościach hurtowych czytuje wszelkiego rodzaju poradniki, w tym katolickie, ezoteryczne i newage'owe – trochę to na początku irytowało. Na szczęście Bóg z tego poradnika, to Bóg naprawdę sympatyczny, więc ostatecznie można się z jego wszechobecnością na kartach tej książki pogodzić. Cytat poglądowy: "Jeżeli przyjrzeć się bożemu dziełu, od razu widać, że (S)twórca sam nie wiedział, kiedy przestać. Nie istnieje jeden różowy kwiat czy choćby pięćdziesiąt różowych kwiatów – są ich setki. Płatki śniegu to kolejny, oczywisty przykład czystej twórczej euforii. Nie ma dwóch jednakowych! Ten (S)twórca dziwnie przypomina kogoś, kto mógłby nas wspierać w twórczych poczynaniach."

      Jeśli masz ochotę na wykonanie kilku(–nastu, –dziesięciu) czasem mniej, czasem bardziej odjechanych ćwiczeń i jeśli nie przeraża Cię język nasuwający skojarzenia z jakąś wspólnotą wyznaniową (hmm... artystyczną?), to sięgnij po "Drogę artysty" i... zobacz co się stanie ;)

      Jeśli chcesz przystąpić do działania natychmiast, to wygoogluj sobie hasło poranne strony – na pewno znajdziesz mnóstwo informacji nt. najważniejszego (obowiązkowego!) ćwiczenia proponowanego przez Julię Cameron.
      Baw się dobrze!

       

      Postscriptum
      Tytuł tego postu powstał z cytatu zaczerpniętego z książki: "Uprawianie hobby przynosi korzyści duchowe." (s. 209). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 grudnia 2016 21:21
  • poniedziałek, 29 sierpnia 2016
    • getto dla potworów...

      Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam słowo "Redlum" – stanowiące tytuł debiutanckiej powieści Katarzyny Rupiewicz – pomyślałam, że to jakiś błąd, bo (przecież!) powinno być REDRUM (o czym wiedzą wszyscy, którzy przeczytali "Lśnienie" Stephena Kinga...) ;)

      Blurb rozwiał moje nadzieje na (jakikolwiek) związek tej powieści z twórczością jednego z moich ulubionych pisarzy, ale już było pozamiatane – musiałam(!) się dowiedzieć, co ma do powiedzenia (opowiedzenia?) ktoś, kto wpadł na pomysł, by takim właśnie słowem ochrzcić miasto i umieścić w nim akcję powieści należącej do gatunku fantasy.

      "Redlum" okazało się zbiorem opowieści o przygodach pewnej istoty magicznej (nie zdradzę tutaj jej gatunku, bo stanowi to przez jakiś czas niewiadomą) którą poznajemy jako nastoletniego sprzątacza w szkole dla magów, bez wiedzy nauczycieli obserwującego prowadzone przez nich lekcje oraz korzystającego (nielegalnie) z zasobów szkolnej biblioteki. Nieoczekiwany splot okoliczności sprawia, że Słodki – bo tak nazywa się bohater "Redlum" – opuszcza szkołę i znajduje zatrudnienie w karczmie, a następnie sam zostaje karczmarzem, czyli osobą znaną wszystkim mieszkańcom miasta i prowadzącą interesy poza jego murami.

      Forma książki nasunęła mi skojarzenia z opowiadaniami Andrzeja Sapkowskiego o Wiedźminie – tym silniejsze, że głównym miejscem akcji jest karczma, a Geralta (będącego niezmiennie moim ulubionym bohaterem literackim) "poznałam" właśnie w karczmie (poprzez opowiadanie pt. "Wiedźmin"). Jeszcze wyraźniejszy związek między twórczością Rupiewicz i Sapkowskiego stanowią rozważania na temat tego, co jest ludzkie, a co "potworne"; nie da się jednak ukryć, że gdyby Geralt i Słodki i żyli wśród nas, to o dokonaniach pierwszego z nich chętnie pisałaby "Polska Zbrojna", a o drugim – "Plotek"…

      Bohater powieści Rupiewicz romansuje, ratuje dzieci albo pomaga damom w opresji. Zdarza mu się uczestniczyć w bójkach, a nawet od czasu do czasu doprowadzić do czyjejś śmierci, jednak autorka nie poświęca zbyt wiele miejsca na opisy brutalnych walk i raczej nie epatuje czytelnika przemocą, choć mieszkające w Redlum ścierwojady nie mogą narzekać na nieregularność posiłków ;) 

      Największe zalety tej powieści to niewymuszony humor, budzący sympatię bohaterowie oraz intrygujące miejsce akcji: otoczone murami miasto, w którym (niczym w getcie) zamknięto istoty magiczne (nazywane także potworami) oraz ludzi obdarzonych jakimiś szczególnymi (nienormalnymi?) zdolnościami (telepatia, telekineza itp.) lub tylko uchodzących za dziwolągi. Autorce skutecznie udaje się zaciekawić czytelnika tajemnicami pochodzenia głównych bohaterów; sprzecznościami w legendach na temat różnych istot magicznych oraz genezy Redlum; niepewnością związaną ze spełnieniem się (bądź nie) przepowiedni dotyczącej losów bohatera i miasta, a także zawiłościami intrygi rozgrywającej się za plecami bohatera, któremu kibicujemy.

      Dodam, że mnie w szczególny sposób bawiły uwagi na temat czasu w jakim dzieje się akcja powieści, bo choć warunki bytowe bohaterów sugerują realia, powiedzmy, średniowieczne (typowe dla fantasy), to aluzje narratora pozwalają wnioskować, że akcja powieści dzieje się tysiące lat po tzw. naszych czasach (zapomniano nie tylko o osiągnięciach współczesnej nam techniki ale także znaczenie słowa zajebiście oraz zasady gry w totka…) ;)

      Chyba nie muszę pisać, że zachęcam do przeczytania tej książki? Można też wysłuchać audiobooka - czyta Wojciech Masiak i robi to w sposób, jaki lubię, tj. bez nadmiernego "aktorzenia", ale bynajmniej nie monotonnie.

      Na koniec jeszcze słówko o okładce, ponieważ spotkałam się z opiniami, że jest brzydka i zniechęca do sięgnięcia po tę lekturę... A mnie się ten troll podoba! Bardzo!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „getto dla potworów...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      zaczytania
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 sierpnia 2016 00:50

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Kanał informacyjny




MOTTO:


Nie, nie zażywam narkotyków,
zażywam książki.







Książki to świat, który człowiek sobie wybiera,
a nie na który przychodzi.




AUTORKA:


Dorota Anna Rusek

Dorota A. Rusek

zaczytAnia(ykw)gazeta.pl




O blogu...




SPISY LEKTUR:





skocz do spisu


Przeczytane w roku:

skocz do spisu

skocz do spisu

skocz do spisu


skocz do spisu


skocz do spisu





stat4u