Wpisy
Co ty tam robisz jeszcze na Zachodzie
Czy cię tam forsa trzyma, czy układy
Przyjedź i mojej zawierz raz metodzie:
Ja – zawsze, gdy jest jakiś ruch w narodzie –
Wyjeżdżam w Bieszczady.
– śpiewał Jacek Kaczmarski (w piosence pt. "Bieszczady"), a ja cytuję, bo do powieści Janusza Koryla "Ceremonia" przyciągnęła mnie informacja, że miejscem akcji jest bieszczadzka wieś, Polana.
Przed laty, gdzieś na szlaku, zielony bieszczadzki Anioł (wprost z piosenki Starego Dobrego Małżeństwa) trącił mnie skrzydłem i przepadłam – zapalił się we mnie wieczny bieszczadzki ogień… ;)
Trzeba jednak wiedzieć, że sielankowe wizje Bieszczad snuli artyści przyjezdni, a miejscowy zespół, KSU, widział je tak:
Góry aż do nieba
I zieleni krzyk
Polna droga pośród kwiatów
I złamany krzyż
Strumień skryty w mroku
I zdziczały sad
Stara cerkiew pod modrzewiem
I pęknięty dzwon
Zarośnięty cmentarz
Na nim dzikie bzy
Ile łez i ile krzywdy
Ile ludzkiej krwi
("Moje Bieszczady", KSU)
– bo Bieszczady mają dość nieciekawą i krwawą historię. Na szczęście jest to już właśnie – historia. Obecnie kojarzą się z wypoczynkiem na łonie natury, spokojem, malowniczymi panoramami i niepowtarzalną atmosferą (ale nie mówcie o tym nikomu, do kogo nie macie zaufania, bo wzrastająca nieustająco ilość śmieci na bieszczadzkich szlakach wskazuje, że już zbyt wielu prymitywów znalazło do nich drogę…!).
Trochę jednak odbiegłam od tematu…
Ad rem. Skandynawscy autorzy kryminałów już od dawna oddają cześć stronom rodzinnym poprzez umieszczanie w nich akcji swoich książek, co wszystkim bardzo się podoba, więc chyba nie muszę się zwierzać psychoanalitykowi z tego, że ekscytowała mnie myśl o powieści, w której mordują się mieszkańcy moich ukochanych Bieszczad…? ;)
Autor "Ceremonii", Janusz Koryl, który urodził się i mieszka w Rzeszowie, głównym bohaterem swojej książki uczynił rzeszowianina, Rafała Kamińskiego, dziennikarza "Głosu Podkarpacia", oddelegowanego do zbadania sprawy opisanej w liście od mieszkańca Polany. Anonimowy nadawca napisał m.in.: "Od trzech lat w naszej wsi krzyżuje się ludzi. Dokładnie tak, krzyżuje albo jeśli pan woli, uśmierca na krzyżu. Co roku w Wielki Piątek ginie w ten sposób jeden mężczyzna. Do tej pory zginęło trzech (…)".
Do listu załączone były zdjęcia trzech grobów, ale Kamińskiemu ta wiadomość i tak wydawała się "absurdalna jak lodowisko na pustyni Gobi", więc trochę opierał się przed wyjazdem. Jednak głos decydujący należał, oczywiście, do naczelnego i Rafał nie miał wyjścia – musiał jechać.
"Od pierwszych godzin jego pobytu w bieszczadzkiej głuszy atmosfera gęstnieje, ostatecznie on sam jest w niebezpieczeństwie…" – napisano w blurbie i jest to prawda. Innych szczegółów zdradzić nie mogę, bo "Ceremonia" jest opowieścią jednowątkową, a ja nie chcę nikomu zepsuć przyjemności z czytania. Dodam tylko, że epizod z zakonnicą rozbawił mnie do łez (ostrzegam, że mam specyficzne poczucie humoru…) – aczkolwiek najśmieszniejsze było to, co sobie dowyobraziłam…
"Ceremonia" oparta jest, musicie to przyznać, na rewelacyjnym pomyśle, ale był to mój pierwszy kontakt z twórczością Janusza Koryla i najbardziej zaskoczona byłam jej warstwą językową. Przed przystąpieniem do tej lektury wiedziałam bowiem, że jej autor jest poetą i naprawdę nie spodziewałam się tego, że jest ona napisana tak surowym językiem, któremu bliżej do potocznego niż poetyckiego. Wolę ten drugi, ale robienie z tego powodu wyrzutów autorowi byłoby chyba nadużyciem.
Jest jednak zarzut, który postawić muszę, a autor będzie sobie musiał posypać głowę popiołem, bo nic go nie usprawiedliwia – umieścił akcję powieści w Bieszczadach i ani razu nie użył słowa połonina…! To tak, jakby w którejś z olandzkich powieści Theorina nie pojawił się alvaret – ZGROZA!
Ostatecznie, mogę chyba autorowi ten popiół darować, bo już wystarczająco skrzywdził go wydawca, umieszczając w notce biograficznej zdanie: "Przez recenzentów okrzyknięty polskim Stephenem Kingiem", z powodu którego dość długo snułam rozważania nt. jak Stephen King napisałby "Ceremonię" i uparcie wychodziło mi, że całkiem inaczej… Dla jednych będzie to wadą, a dla innych zaletą powieści Koryla – i dobrze. Niedobre są tylko marketingowe próby wprowadzania czytelników w błąd.
"Ceremonia" ma urok wyrzezanego z surowego drewna przydrożnego świątka, a powieści Stephena Kinga – rzeźb barokowych. Ja potrafię się zachwycić i tym, i tym, a ty?
Za książkę dziękuję redakcji serwisu Zbrodnia w Bibliotece.
Postscriptum
Mówią, że Polska o głodzie i chłodzie -
No cóż, na głód i chłód nie znajdziesz rady,
Lecz po co tłuszcz ma spływać nam po brodzie
Gdy można żyć o owocach i o wodzie,
Jadąc w Bieszczady
("Bieszczady", Jacek Kaczmarski)
Jeśli ktoś z szanownych czytelników w najbliższym czasie zabieszczaduje, to niech się ode mnie pokłoni połoninom :)
Czyż to nie brzmi jak nazwa partii politycznej? :)
Hmmm... być może zdobędziemy kiedyś władzę (piszę "my", bo zamierzam się do tej koalicji przyłączyć) i uczynimy z Polski fantastyczny kraj, ale na razie celem KMF jest promocja fantastyki wśród tych nielicznych, jak pokazują badania, ludzi, którzy jeszcze czują potrzebę kontaktu z literaturą.
A teraz formalności, czyli odpowiedzi na trzy pytania:
Jakie są Twoje ulubione książki z gatunku fantastyka?
Jakie książki fantastyczne zrecenzowałaś/eś na swoim blogu?
Jakie książki fantastyczne zamierzasz niedługo przeczytać?
ad 1. W zakładce Top zaczytAnia wymieniłam następujące książki fantastyczne (w obu znaczeniach tego słowa):
Wszystko, co o wiedźminie Geralcie z Rivii napisał Andrzej Sapkowski
"Diuna" Frank Herbert
"Limes inferior" Janusz Zajdel
"Czarne oceany" Jacek Dukaj
"Nowy wspaniały świat" Aldous Huxley
"Ósmy krąg piekieł" Krzysztof Boruń
"Opowieści o pilocie Pirxie" Stanisław Lem
"Lewa ręka ciemności" Ursula Le Guin
Cykl o Jakubie Wędrowyczu Andrzej Pilipiuk
Moim zdaniem do gatunku fantastyka można przypisać też - klasyfikowane zazwyczaj inaczej - książki, również należące do moich ulubionych:
"Hymn" Ayn Rand
"Porwanie Jane E." Jasper Fforde
"Balladyny i romanse" Ignacy Karpowicz
"Anna In w grobowcach świata" Olga Tokarczuk
"Potępieni" Chuck Palahniuk
ale nie będę się o to z nikim spierać :)
ad 2. Na moim blogu znajdują się recenzje następujących książek fantastycznych:
"Rok 1984" George Orwell
"Śmierć na Nilu" Connie Willis
Cykl inkwizytorski [tomy 1-4] Jacek Piekara
„Genezis” Bernard Beckett
"Bezduszna" Gail Carriger
Ups! Mało! Obiecuję poprawę... :)
ad 3. Na podręcznej półce czekają:
"Lód" Jacek Dukaj
"Miasto permutacji" Greg Egan
"Stacja tranzystorowa. Rezerwat goblinów" Clifford D. Simak
"Obóz koncentracji" Thomas M. Disch
"Na skrzydłach pieśni" Thomas M. Disch
"Małe, duże" John Crowley
"Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm
...i tylko czasu brak.
Pozdrawiam wszystkich koalicjantów!
"Smugę krwi", trzecią część cyklu zwanego "Kwartetem olandzkim", Johan Theorin rozpoczął od sceny zatytułowanej "Noc Walpurgii" – co dość precyzyjnie umiejscawia ją w czasie – w której przedstawia nam bohatera książki, Pera Mörnera, będącego akurat w poważnych tarapatach. Ma bowiem połamane żebra, jest poparzony i oblany benzyną, a jego dręczyciel właśnie zapala zapałkę…
Kto zechce poznać zakończenie tej sceny oraz dowiedzieć się, co doprowadziło do takiej eskalacji przemocy, ten będzie musiał przeczytać całą książkę. A kto to zrobi, przekona się, że muzyczne konotacje w nazwie cyklu powieści Theorina mają głębokie uzasadnienie, gdyż jego autor gra na emocjach czytelnika z zapamiętaniem godnym wirtuoza instrumentów strunowych szarpanych. Wrażenia towarzyszące dotarciu do rozdziału zaczynającego się od słów "Rankiem poprzedzającym noc Walpurgii (…)" mogę określić tylko jednym słowem: bezcenne! ;)
Początkowa scena powieści intryguje nie tylko tym dramatyzmem, który zawsze idzie w parze z agresją, ale i wtrąconą jakby mimochodem konstatacją: "Per miał teraz spłonąć za grzechy swego ojca", która chyba każdemu czytelnikowi nasunie skojarzenia z jednym z częściej komentowanych i krytykowanych fragmentów Biblii: "Jahwe (…) darzy życzliwością tysiączne pokolenia, przebacza winy, przeniewierstwa i grzechy, lecz nie pozostawia ich bez kary, dochodząc win ojców na synach i wnukach do trzeciego i czwartego pokolenia" (Wj 34,6-7) i w każdym wzbudzi wewnętrzny sprzeciw.
Wątpię by znalazł się choć jeden (pełnosprawny umysłowo) człowiek, który chciałby, aby karanie dzieci za grzechy ojców stało się obowiązującym prawem, więc sugestia, że Per właśnie czegoś takiego doświadcza, musi przykuć uwagę każdego czytelnika. I każdy zada sobie pytanie, co takiego strasznego zrobił ojciec Pera. Fakt, że kiedyś był bossem pornobiznesu, a obecnie ktoś najwyraźniej chce go zabić, choć - zniedołężniały po przebytym udarze - nie potrafi już udzielać sensownych i pełnych informacji na temat swojej dawnej działalności, da szerokie pole do popisu każdej czytelniczej wyobraźni…
Theorin popuścił wodze swojej do tego stopnia, że w jego opowieści pojawiają się elfy i trolle, a czytelnik, który w poważnych kryminałach spodziewa się co najwyżej duchów (jeśli już w ogóle jakiś czynnik nadprzyrodzony musi się w nich pojawić), znów przeżywa katusze, bo sam sobie wierci dziurę w brzuchu pytaniem: jak on (autor) z tego wybrnie…?
Myślę, że nie zepsuję nikomu lektury, zdradzając, że wybrnie. A jak to zrobi, to już każdy musi się przekonać sam, naocznie (albo i nausznie, bo książka jest dostępna również w wersji audio). Zapewniam, że warto, choć wśród osób, które przeczytały wszystkie wydane dotąd części "Kwartetu olandzkiego" trudno znaleźć kogoś, kto uznaje "Smugę krwi" za część najlepszą. Czytając podobne rozważania trzeba jednak pamiętać, że nawet słabsza powieść Theorina jest powieścią świetną, a znamienne jest już samo to, że książki Theorina ocenia się wyłącznie w odniesieniu do książek… Theorina. Mnie – jak dotąd – najbardziej podobała się "Nocna zamieć", ale nie potrafiłabym wybrać między "Zmierzchem" i "Smugą krwi" tej, którą postawiłabym na drugim stopniu podium.
Niewątpliwie "Smuga krwi" ma najgorszą okładkę (może nie byłoby aż tak źle, gdyby tytuł napisano inną czcionką…?), ale spuszczę na tę kwestię białą kurtynę milczenia…
Trzy początkowe części tetralogii Theorina łączy nie tylko miejsce akcji i kilka drugoplanowych postaci, ale i kompozycja. W każdej z nich autor równolegle prowadzi kilka wątków i każdą dałoby się rozbić na co najmniej dwie odrębne powieści – kryminalną i obyczajową, obie interesujące (i wciąż nie jednowątkowe). W "Smudze krwi" te odrębne wątki widać najwyraźniej i oddzielenie ich byłoby wyjątkowo łatwe (dowodem niech będzie choćby to, że jeden z nich niemal w całości tutaj przemilczałam), ale chyba wszyscy cieszymy się, że Theorin tego nie zrobił, że opowieść o rodzinie Pera Mörnera splótł z opowieściami o życiu Vendeli Larsson oraz Gerlofa Davidssona i ich bliskich – w końcu nie bez powodu uczestnicy "Szansy na sukces" tak rzadko wybierali taśmę z samą linią melodyczną… ;)
Dopisuję Johana Theorina do listy moich ulubionych pisarzy i zazdroszczę wszystkim tym, którzy oczekiwanie na czwartą część "Kwartetu olandzkiego" mogą sobie uprzyjemnić przeczytaniem nie wydanej jeszcze u nas powieści "Sankta psyko" (ma się ukazać w Polsce w lipcu 2013 r. i już się nie mogę doczekać… okładki ;)).
Baza recenzji Syndykatu ZwB
Książkę otrzymałam od serwisu Zbrodnia w Bibliotece.
Dziękuję.
Postscriptum
Na swoim blogu LostInTheLibrary bookfa oferuje banner dla wszystkich, którzy chcą zamanifestować swój entuzjazm dla twórczości Johana Theorina:
O istnieniu miejsc nazywanych trupimi farmami dowiedziałam się dzięki fascynacji serialem "CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas" – w jednym z jego odcinków zabójca podrzucił ciało swojej ofiary na taką farmę. Niestety, twórcy serialu nie poświęcili temu miejscu zbyt wiele uwagi, więc natychmiast po seansie wygooglowałam sobie informacje o najsłynniejszej z takich farm – Ośrodku Antropologii Sądowej Uniwersytetu Tennessee w Knoxville (USA), założonym przez doktora Williama Bassa.
Być może coś jest ze mną nie tak, ale istnienie placówki badawczej, w której postępuje się z ludzkimi szczątkami w sposób, który w innych okolicznościach nazwałabym ich bezczeszczeniem, wydało mi się nie tylko uzasadnione i potrzebne, ale wręcz… naturalne. Przypuszczam, że miało to jakiś związek z tą fascynacją, którą wzbudzała we mnie (i nadal wzbudza) praca serialowego zespołu laboratorium kryminalistycznego policji w Las Vegas, rozwiązującego najtrudniejsze zagadki kryminalne z wykorzystaniem najnowszych zdobyczy nauki i technologii.
Każda wiedza ma swoje źródło, również ta o sposobach określania przyczyn i czasu zgonu człowieka, którego ciało zostało odkryte wiele dni, tygodni, miesięcy lub lat po jego śmierci, kiedy jedynym źródłem informacji może być najtrwalszy z jego elementów – kości. Czy może istnieć bardziej wiarygodne źródło takiej wiedzy niż ośrodek badawczy, w którym zwłoki zanurza się we wodzie, topi w bagnie, zakopuje w ziemi na różnych głębokościach, ukrywa w bagażnikach samochodów, piwnicach lub innych miejscach, a następnie pilnie obserwuje i dokumentuje proces gnicia oraz wszystkie towarzyszące temu zjawiska? I czy kogoś może dziwić fakt, że książka, której narratorem i współautorem jest pomysłodawca pierwszej trupiej farmy, przyciągnęła mnie z siłą porównywalną do tej, z jaką martwe ciała przyciągają plujki pospolite?
W książce Billa Bassa i Jona Jeffersona "Trupia Farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie" znalazłam wszystko to, czego oczekiwałam, z wyjątkiem zdjęć obrazujących przebieg doświadczeń przeprowadzanych na Trupiej Farmie. Dowiedziałam się jakie wydarzenia i decyzje – nie tylko zawodowe – doprowadziły do tego, że człowiek, który rozpoczął studia licencjackie z psychologii na Uniwersytecie Wirginii został magistrem antropologii na Uniwersytecie Kentucky, zyskał miano "indiańskiej hieny cmentarnej numer jeden", objął kierownictwo nad Wydziałem Antropologii na Uniwersytecie Tennessee, w pewnym momencie życia postanowił: "(…) będę ścigał samą śmierć" i zwieńczył swoją karierę zawodową stanowiskiem… gospodarza Trupiej Farmy.
Aby móc skutecznie "(…) tropić śmierć na jej własnym terytorium, badać jej nawyki żywieniowe, obserwować ruchy i zwyczaje" Bill Bass musiał pokonać wiele trudności – nie tylko organizacyjnych i finansowych, ale również tych, które wynikły z przekonania niektórych ludzi o tym, że badania prowadzone w Ośrodku Antropologii Sądowej są nieprzyzwoite i uwłaczają godności ludzkiej. Istnienie podobnych placówek wciąż budzi kontrowersje, ale pionierska praca doktora Bassa i dokonane w jego ośrodku odkrycia "(…) pomogły policjantom i prokuratorom wsadzić za kratki dziesiątki morderców", co sprawiło, że obecnie w USA działają jeszcze cztery inne trupie farmy – szkoda, że w polskim wydaniu książki Bassa i Jeffersona zabrakło informacji na ten temat, bo jej autorzy i autorka wstępu, Patricia Cornwell, powtarzają, że jest to jedyny tego typu ośrodek badawczy na świecie (co oczywiście było prawdą w chwili powstania książki).
Tym co najbardziej mnie zaskoczyło podczas lektury "Trupiej Farmy..." była jej forma. Nie spodziewałam się, że rozdziały tej książki to tak naprawdę… gawędy. Tematem każdej z nich jest konkretna sprawa – w większości przypadków są to morderstwa – ale główny wątek przeplatany jest dygresjami i wątkami pobocznymi, które niekiedy powtarzają się w różnych rozdziałach.
Opowieści doktora Bassa, mimo dość swobodnego tonu, zawierają mnóstwo faktów naukowych, głównie z zakresu antropologii i entomologii; tworzą też wyraźny obraz narratora: naukowca-wizjonera zafascynowanego swoją pracą i otwartego na wszelkie związane z nią nowinki, który pozostał pogodnym i kochającym życie człowiekiem pomimo nieustannego obcowania ze śmiercią i wsłuchiwania się w głosy zmarłych. Mnie każda myśl o nim i dziele jego życia, Trupiej Farmie, przypomina słowa, które wygłasza jedna z bohaterek "Eneidy" Wergiliusza: "Powstanie kiedyś z kości naszych mściciel"…
Bill Bass nie potrafi przywrócić rodzinom ich utraconych bliskich, ofiar przestępstw lub wypadków, ale poświęcił swoje życie temu, by móc dać im prawdę, bo wierzy, że: "Wtedy odzyskają wolność, a gdy skończą już opłakiwać zmarłych, będą mogli zacząć życie na nowo. Taka prawda to najskromniejszy i najświętszy dar, jaki może dać naukowiec".
Nie czytaj "Trupiej Farmy..." jeśli jesteś antropologiem poszukującym wiedzy akademickiej – ta książka powstała w zupełnie innym celu, choć zawiera słowniczek terminów antropologicznych. Jeśli dopiero zastanawiasz się nad wyborem zawodu, to albo omijaj ją szerokim łukiem, albo… pogódź się z myślą, że po jej przeczytaniu zapragniesz zostać antropologiem sądowym. Jeśli jesteś miłośnikiem kryminałów i/lub interesują cię techniki kryminalistyczne – biegnij do księgarni i spraw sobie tą lekturą przyjemność. Efekt gwarantowany.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
Swoje wrażenia polekturowe spisałam dla serwisu Zbrodnia w Bibliotece.
Postscriptum
Pisarstwem Connie Willis zainteresowałam się dopiero po przeczytaniu informacji, że jest ona najczęściej nagradzaną autorką SF. Jedenastokrotnie otrzymała nagrodę Hugo i tyle samo razy Locusa, a siedmiokrotnie – Nebulę. A jakby tego było mało, to w maju br. odbierze Nagrodę Wielkiego Mistrza imienia Damona Knighta za całokształt osiągnięć w dziedzinie fantastyki, co stawia jej twórczość w równym rzędzie z dokonaniami Roberta A. Heinleina, Raya Brandbury’ego, Isaaca Asimova, Ursuli Le Guin…
Uznałam, że przeczytanie antologii "Śmierć na Nilu", zawierającej osiem opowiadań – z których każde było nominowane do co najmniej jednej z wyżej wymienionych nagród, a jedno z nich, "Nawet królowa", zdobyło wszystkie trzy – pozwoli mi wyrobić sobie zdanie na temat jej stylu i pomysłowości oraz zadecydować o umieszczeniu, bądź nie, jej nazwiska na liście autorów, których czytuję.
Opowiadania przeczytane, eksperyment zakończony, a skutek będzie taki, że moja lista lektur do przeczytania… znacznie się wydłuży.
Podczas czytania utworów zebranych w zbiorze "Śmierć na Nilu" najbardziej zaskoczona byłam tym, że większość z nich opiera się na niezwykle prostych pomysłach, zaczerpniętych wprost z życia codziennego, przy czym autorka trojako postępuje ze znaną nam wszystkim rzeczywistością: albo zmienia jeden parametr i opisuje konsekwencje tej zmiany (np. co by było, gdyby władzę przejęło Towarzystwo Humanitarne, stawiające prawa zwierząt na pierwszym miejscu); albo najpierw opisuje jakieś zwyczajne zjawisko (jak podróż samolotem czy odbieranie listu z poczty), by już za chwilę przedstawić czytelnikowi wizję jakiegoś alternatywnego uniwersum, w którym bodaj tylko ten jeden element pozostał z tego świata, który znamy; albo całkiem zwyczajne problemy (np. lokalowe) każe protagonistom swoich opowieści rozwiązywać w niezwykłym otoczeniu lub warunkach (np. na innej planecie).
Connie Willis zaludnia stwarzane przez siebie światy ciekawymi postaciami – jedne budzą sympatię, inne nie, ale wszystkie wydają się wiarygodne psychologicznie; a przynajmniej jednej z nich kibicujemy z zaangażowaniem podobnym do tego, z jakim w realnym życiu kibicujemy ukochanej przyjaciółce. Nie każdemu pisarzowi udaje się osiągnąć podobny efekt, nawet jeśli przedstawia nam bohatera na kilkakrotnie większej liczbie stron niż zajmują omawiane opowiadania.
Connie Willis rewelacyjnie udaje się coś jeszcze – demaskowanie ludzkich wad. Nawet pisząc o sprawach błahych, potrafi jednocześnie ośmieszać negatywne cechy charakterów uczestników opisywanych wydarzeń, łącznie z ich głównymi bohaterami, którzy bywają roztargnieni, naiwni, niezdecydowani, łatwowierni itepe. Jednak ten swoisty dydaktyzm nigdy nie bywa nachalny, ani nawet przesadnie serio. Opowiadania Wielkiej Mistrzyni SF są gęsto okraszone elementami humorystycznymi, a tym, co najlepiej jej wychodzi, są opisy zamieszania, ze szczególnym uwzględnieniem rozmów osób, które, nie zdając sobie z tego sprawy, mówią o zupełnie różnych sprawach.
Przeczytanie opowiadań zebranych w tomie "Śmierć na Nilu" nie uczyniło mnie (przynajmniej na razie) zdeklarowaną fanką Connie Willis, ale na pewno sięgnę po książki jej autorstwa w niedalekiej przyszłości – głównie dlatego, że jej twórczość jest tak wyjątkowa, że nie da się porównać z żadną inną.
MOTTO:
"Nie, nie zażywam narkotyków,
zażywam książki"
Ingeborg Bachmann
AUTORKA BLOGU:
Dorota Anna Rusek
Dorota A. Rusek
zaczytAnia(ykw)gazeta.pl
WSPÓLNOTY KSIĄŻKOHOLIKÓW:
WYZWANIA CZYTELNICZE:
INICJATYWY FANÓW: